czwartek, 3 kwietnia 2014

Czas na zmiany

Zdecydowanie te żywieniowe. Nie chodzi mi tu jednak o jakieś wielkie diety odchudzające. Może i mam ileś (:D) tam kilo nadwagi, ale nie mam jakiejś wielkiej obsesji na tym punkcie. Chodzi mi tutaj raczej odżywianie się trochę bardziej zdrowo i racjonalnie. Od razu zastrzegam, że nie będzie żadnych prób przejścia na wegetarianizm czy nawet weganizm, bo moim zdaniem, odpoczynek od mięsa czasami się przydaje, ale może być to dzień-dwa, a nie całe życie. Wiem, wiem. Jest mnóstwo plusów diety bezmięsnej. Ja jednak się do tego zupełnie nie nadaję i mogłabym z niego zrezygnować. Ale wracając do tematu. W moim jadłospisie do tej pory zdecydowanie za dużo było fast foodów i słodkich przekąsek, ale akurat od tych dwóch rzeczy jestem uzależniona. Jednak zastanawiając się tak porządnie doszłam do wniosku, że nie chcę tak jak moja babcia i mama, zachorować w końcu na cukrzycę i całą resztę życia musieć, wystrzegać się wielu rzeczy i ciągle kontrolować poziom cukru we krwi itp. Czy nie lepiej ograniczyć to teraz, by potem bez stresu móc od czasu do czasu po to sięgnąć? Dla mnie to jest bardzo racjonalny powód i zamierzam się go trzymać.

http://zielonatrawka.pl/

Moje zmiany wprowadzam powoli w życie i starym schematem wyrabiania nowych nawyków dokładać będę do nich co jakiś czas coś nowego.

W tej chwili całkowicie zrezygnowałam z fast foodów i słodyczy. Postanowiłam sama przygotowywać sobie posiłki, pokonuje powoli mojego wewnętrznego lenia. Jednak jeden raz w tygodniu pozwalam sobie zjeść coś "na mieście". Są to jednak jakieś lepsze bary mleczne, niż typowe sieciówki. I jednego dnia pozwalam sobie na małe słodkie grzeszki (oczywiście nie wykupuje zaraz całego działu z czekoladami :P). I biegam. Szumnie to brzmi, ale chwilowo jest to tylko minuta biegu na cztery minuty marszu, ale staram się i mam nadzieję, że nie zaliczę porażki w tym względzie.

W planach mam jeszcze takie ustawienie posiłków, które tak dzielnie przygotowuje, by były o zawsze o tych samych porach (w końcu wszyscy tak o tym trąbią :3). A także uregulowanie mojego dnia, aby kłaść się i wstawać o tych samych godzinach. Wiem, że mogę to zrobić tak aby nie kolidowało to z czymkolwiek, poza moim własnym lenistwem.

A teraz uciekam biegać. Tak, tak biegam w nocy. Niestety nie mogę się przełamać by biegać w dzień. Mam obsesję na tym że ludzie się na mnie gapią :D

środa, 2 kwietnia 2014

"Grand Butapest Hotel" reż. Wes Anderson

filmweb.pl
Stwierdziłam ostatnio, że już dosyć tej posuchy kulturalnej i czas wybrać się do kina (w którym nie byłam AŻ trzy miesiące). Długo się zastanawiałam nad wyborem filmu, bo chciałam się pośmiać, ale jednocześnie nie obejrzeć kolejnej głupawej komedii. Jednak kiedy zobaczyłam Ralpha Fiennesa w jednej z obsad, byłam z miejsca stracona, wszak pałam do niego ogromną wieloletnią miłością.

Historia opowiada o konsjerżu (cóż za wspaniale słowo) hotelu w fikcyjnej miejscowości Zubrowka. Gustave H. (o tak nazywa się ów konsjerż) goście byli w 110% zadowoleniu z pobytu w Grand Budapest Hotel. Roztacza w około swój czar i chmurę mocnych perfum. Jest ulubieńcem starszych pań, często zostawiają mu bardzo sowite napiwki. I właśnie jedna z takich dam Madame D (z zaskoczeniem stwierdziłam, że była to Tilda Swinton) umiera w tajemniczych okolicznościach. Zapisuje Gustave'owi w spadku drogocenny obraz. Nie podoba się to jednak rodzinie zmarłej, a w szczególności jej synowi. Nasz uroczy konsjerż zostaje oskarżony o morderstwo i trafia do więzienia gdzie oczekuje procesu. Nie zostaje jednak sam. Z pomocą przychodzi oddany mu boy hotelowy, Zero.

Film ten jest komedią z najlepszej z postaci, połączony z lekką makabrą i dramatem. Fabuła zarysowana jest w sposób pudełkowy. Zaczyna się opowieść, o opowieści, która opisuje jeszcze inną historię. Wspaniała gra aktorów. R. Fiennes po raz kolejny przekonał mnie, że jest genialnym aktorem, nadającym się do niemal każdej roli (chociaż moim faworytem nadal jest Amon Goth z "Listy Schindlera"). Ironiczne dowcipy. Przepiękne kostiumy i dekoracje. Dopracowany jest tu każdy szczegół. A animowane wstawki, dodają jeszcze więcej komizmu całemu obrazowi.
Po opisie spodziewałam się opowieści kryminalnej skupionej w pełnie na obrazie, ale jest on tu tylko jednym z wielu elementów, nie wykraczającym na pierwszy plan.

Naprawdę film polecam każdemu, bo jest to świetnie wykonana praca, którą warto zobaczyć. Już dawno nie oglądałam czegoś tak dobrego.

wtorek, 1 kwietnia 2014

Projekt Denko (2013) #1

Projekt Denko jest bardzo popularny wśród wielu blogerek i vlogerek kosmetycznych. Polega on na nie kupowaniu nowych produktów do pielęgnacji dopóki nie zużyje się już posiadanych. W większości jednak przerodziło się to w pokazywanie zużytych kosmetyków i krótkie ich recenzowanie.

Nawet nie zauważyłam kiedy pod wpływem tych wszystkich postów i filmów na YT sama zaczęłam do torby pod biurkiem wrzucać puste opakowania. Nazbierało się tego jak dla mnie bardzo dużo, ale w porównaniu z niektórymi innymi miesięcznymi (ja tak wrzucam mniej więcej od maja) denkami to niczym to się nie wybija.

Zaczynamy od góry czyli od głowy ^^.

Szampony


  • The Body Shop, Rainforest Moisture, Szampon o włosów suchych - niestety moje włosy całkowicie do suchych nie należą (przy skórze głowy się mocno przetłuszczają, ale reszta jest bardzo sucha), więc szampon się u mnie nie sprawdził bo bardzo szybko włosy mi się przetłuszczały. Jednak bardzo dobrze nawilża (zawiera miód) i przez krótką chwilę na całej głowie miałam piękną lśniącą fryzurę. Bez silikonów, bez parabenów i co najważniejsze bez SLSów. Polecam mocno suchowłoswym. Ja już do niego nie wrócę.
  • The Body Shop, Bananowy szampon - mój zdecydowany ulubieniec (gdyby nie moje postanowienie by pokończyć wszystkie szampony które stoją na półce i nie kupować do tej pory nic nowego, już bym go miała z powrotem). Mimo iż zawiera w swoim składzie SLS, to jednak nie wysusza włosów. Ładnie oczyszcza. Ma konsystencję budyniu, lekko chemiczny bananowy zapach, który nie zostaje na włosach, czujemy go tylko podczas mycia i nie pieni się za mocno, co akurat dla mnie jest sporym plusem. Z odżywką z tej samej serii czyni cuda! Plus za przezroczystą butelkę. Niestety z opakowaniem wiąże się też minus: bardzo twardy plastik. Na końcu trzeba się mocno nagimnastykować, aby wydobyć resztkę produktu, ale postawienie na zakrętce zdecydowanie pomaga. Jeszcze jeden dominujący minus to jego cena. 19zł to trochę dużo jak na szampon. Jednak raz na pół roku (bo tyle go zużywałam) mogę się wykosztować, pod warunkiem, że nie trafię go na promocji, o które w TBS nie trudno.
  • Piloram, Szampon przeciwłupieżowy - nie mam większych problemów z łupieżem. Tak naprawdę nigdy nie miałam takie klasycznego łupieżu z mnóstwem białych drobinek. Jednak kilka lat temu miałam łupież plamisty (charakteryzujący się brązowymi plamami na górnej części tułowia). Za radą mojej Pani dermatolog, od czasu do czasu używam szamponu przeciwłupieżowego. Moim zdecydowanym faworytem jest Nizoral, ale ostatnio kiedy tylko wpadnę do apteki, jest tyko w saszetkach, a to mnie za bardzo nie interesuje, więc mam okazję wypróbować inne specyfiki. Niestety ten z Piloramu bardzo wysusza skórę głowy, plącze włosy i ma okropną konsystencję. Bardzo wodnistą, przez co jest mega niewydajny. Połowa tego co wylewam na rękę przecieka przez palce i niknie w odmętach kanalizacji. Dlatego już więcej nie zaproszę go do mojej łazienki.
  • Alterra, Łagodny szampon dla wrażliwej i podrażnionej skóry głowy "Migdały i Jojoba" - uwielbiam szampony z Alterry, jednak akurat ten nie zostanie moim ulubieńcem i już go pewnie raczej nie kupię. Włosy myje dobrze, nie zawiera SLSów więc nadaje się do codziennego stosowania, nie wysusza. Niestety bardzo działa mi na nerwy jego zapach i konsystencja, przypomina lekko rozwodniona galaretkę. I jest jakby mniej wydajny w porównaniu ze swoimi braćmi. Puls za w miarę rozsądną cenę, chociaż nie wiem czy nie jest lekko za wysoka jak na tak małą pojemność.
  • Batiste, suchy szampon do włosów o zapachu Tropical - jak słyszałam to nie mogłam uwierzyć, dopiero moje własne doświadczenia przekonały mnie, że naprawdę warto mieć coś takiego w swojej kosmetyczce. Ten tu akurat dostałam w GlossyBoxie, ale mam w domu inny ze Schwarzkopfa i też jestem zadowolona. Włosy ą odświeżone, lekkie, sypkie, uniesione u nasady. Może nie do codziennego stosowania (choć przedłuża świeżość o jeden dzień), ale na awaryjne sytuacje sprawdza się idealnie. Początkowo męczyłam się z białym osadem, ale z biegiem czasu nauczyłam się go wyczesywać. Niestety akurat tego konkretnego zapachu już więcej nie kupię. Jak dla mnie zbyt nachalnie pachnie kokosem. Jednak Batiste ma całkiem spory wybór suchych szamponów więc na pewno znajdę coś dla siebie.
Odżywki


  • Joanna, Styling Effect, Jedwab do włosów - używam do zabezpieczania końcówek po myciu, ale przeważnie robię to wcierając go od połowy włosów. Ładnie wygładza i nabłyszcza, sprawia, że włosy się tak nie puszą. Podejrzewam, że bliżej skóry głowy przyspieszyłby przetłuszczanie, ale nie próbowałam. Jego zapach kojarzy mi się z salonem fryzjerskim. Bardzo, ale to bardzo wydajny, ekonomiczny. Dałam za niego grosze a używałam prawie 2 lata. Na pewno do niego jeszcze wrócę.
  • The Body Shop, Rainforest Shine, Odżywka do włosów normalnych i suchych - koszmar wśród koszmarów. Dawałam jej szanse aż do samego dna. Całe szczęście, że to tylko 60 ml, bo nigdy bym tego nie zużyła. Po użyciu tej odzywki włosy były w obciążone, w strąkach i nadawały się do ponownego umycia. Plus za ładny zapach i wydajność (buteleczka jest tycia a ja miałam wrażenie, że produkt w niej nigdy się nie skończy). Zdecydowane nie ode mnie dla tego produktu.
  • Artego, Easy Care, Nawilżająca odżywka do włosów - próbka z GlossyBoxa. Uwielbiam ją za zapach. Kojarzy mi się z dzieciństwem i zapachem świeżo umytych włosów po kąpieli. Taki lekko pudrowy zapach. Bardzo przypomina krem Nivea. Sama odżywka ma bardzo lekką, łatwo rozprowadzającą się konsystencję. Ładnie wygładza, nabłyszcza i pomaga w rozczesywaniu. Całkiem wydajna 25 ml starczyło mi na kilka myć. Niestety nie jestem pewna czy skusze się na opakowanie pełnowymiarowe. Kosztuje ok 29zł. Nie zachwyciła mnie aż tak bym nie mogła się bez niej obyć.
  • The Body Shop, Bananowa odżywka do włosów - moje pierwsze doświadczenia z nią nie są najlepsze, ale potem trochę zmieniłam sposób jej używania i do tego czasu została dla mnie najlepszą odzywka jakiej do tej pory używałam. Razem z szamponem z tej serii tworzą oszałamiający duet. Włosy są po nich pięknie nawilżone, błyszczące a co najważniejsze cudownie miękkie. Zdecydowanie mój must have. Jak tylko zwolni się trochę miejsca na mojej półce to zdecydowanie ta odzywka pojawi się na niej znów.
  • Farmona, Jantar, Odżywka do włosów i skóry głowy - o tej wcierce czytałam niemal na każdym blogu o pielęgnacji włosów. Musiałam sprawdzić to cudo i ja. Nieźle się musiałam go naszukać, bo nie produkują go już i coraz rzadziej można go spotkać. Co do samego działania to niestety nie zauważyłam zahamowania wypadania (fakt nie pogorszyło się, zostało takie jak było). Jednak po systematycznym stosowaniu nad moim czołem pojawił się las baby hairs. Jantar wprawił też, że włosy dłużej pozostawały świeże. Niestety minus to kompletnie niepraktyczne opakowanie. Polecam podważyć korek i przelać do opakowania z atomizerem. Może jeśli jeszcze kiedyś uda mi się go dostać do zainwestuję.

Zorientowałam się, że strasznie, ale to strasznie długi ten post mi wyszedł więc postanowiłam podzielić go na części. Każda kolejna pojawiać się będzie jak na razie co tydzień we wtorki. Dopóki wszystkiego nie opiszę. Potem pewnie mój Projekt Denko publikować będę co miesiąc, a może nawet i rzadziej, a we wtorki pisać będę o jakiś innych ciekawostkach kosmetycznych.

Używał ktoś z was tych produktów? Jakieś opinie?

środa, 1 stycznia 2014

Witam w 2014 + stosik

明けましておめでとうございます
Szczęśliwego Nowego Roku!

Małe podsumowanie roku węża, roku 2013. Były wielkie plany ale jak zawsze, spełzły one na niczym. Choć jedną jedyną rzecz udało mi się osiągnąć. Ale o tym później.
Mijający rok niestety nie należny do najbardziej dla mnie udanych. Moje lenistwo osiągnęło apogeum. Dosłownie we wszystkim. Do dzisiaj nie pojmuję jak udało mi się zaliczyć rok studiów. Blogi porosły kurzem i pajęczynami. W tali przybyło kolejnych dodatkowych centymetrów. Zebrało się też mnóstwo zawiłych, problematycznych i niekomfortowych spraw, które mam nadzieje uda mi się rozwiązać w najbliższej przyszłości.

Ale rok 2014 (rok konia) mam zamiar skończyć zadowolona z siebie. Może nie na wszystko mam wpływ, ale zaprę się w sobie i będę się starać ze wszystkich sił.

Mam nadzieję, że wasz 2013 rok był dużo lepszy, a i nadchodzący okaże się bardzo wyrozumiały i radosny!

Co do moich planów to jest ich bardzo dużo i nie mam sensu ich wszystkich tu opisywać. Najważniejszy to oczywiście, szmatka i szczotka z piórek do łapki, zabieram się do odkurzania bloga. Skupię się nie tylko na książkach, ale też na kosmetykach, gotowaniu, mojej fascynacji Japonią i Koreą. Nie stanie się to nigdy blog, ani kosmetyczny, ani kulinarny, czy coś w tym stylu. To jest po prostu blog codzienny, a to właśnie absorbuje moją uwagę ostatnimi czasy. Już jutro można spodziewać się postu ala kosmetycznego.

Teraz czas na stosik. W zeszłym roku postanowiłam nie kupować sobie żadnych książek dopóki nie ogarnę tych co mam. Wyjątek stanowiły tylko mangi. Wytrzymałam aż do maja kiedy do przyszedł czas na Targi Książki w Warszawie. Ale i wtedy jakoś bardzo nie poszalałam. Zbiór który prezentuje to moje zdobyczy z całego roku. Może gdzieś mi umknęło kilka mang, ale te książki, które prezentuje to jedyne jakie kupiłam w 2013.


 Od dołu (przepraszam za słabą jakość zdjęcia, ale robione telefonem):

  • Kevin Hearne "Raz wiedźmie śmierć" - na Targach Książki w Warszawie
  • Josh Bazell "Dzika bestia" - jw.
  • Julianna Baggott "Nowa Ziemia" - jw.
  • Marissa Meyer "Saga księżycowa. Skarlet" - jw.
  • Nino Haratischwili "Mój łagodny bliźniak" - jw.
  • Liz Braswell "Dziewięć żyć Chloe King. Upadła" - jw.
  • Jennifer Clement "Trucizną mnie uwodzisz" - jw.
  • Corina Bomann "Wyspa motyli" - urodzinowy prezent od mojej przyjaciółki
  • Suzanne Collins "Mockingjay" - w antykwariacie pod BUWem, super sprzedający, a do tego 15 złotych to niemal jak za darmo i mimo iż mam po polsku, a z angielskiego mało co rozumiem to jednak się skusiłam.
  • Sōseki Natsume "Sedno rzeczy" - w antykwariacie pod BUWem
  • Kōbō Abe "Kobieta z wydm" - jw.
  • Halina Ogarek-Czoj "Tonghak nauka wschodu" - w antykwariacie przy skrzyżowaniu Al. Solidarności i Żelaznej w Warszawie
  • "Miejsca święte. Kioto" - antykwariat pod BUWem
  • Mitsukazu Miahara "Balsamista" tom 1-5 - pierwszy na Targach, kolejne w Centrum Komiksu niedaleko Metra Pole Mokotowskie
  • Mari Okazaki "Suppli" tom 1-10 - wszystkie Matras
  • Hinako Takanaga "Zakochany Tyran" tom 1-3 - Centrum Komiksu, nie przepadam za yaoi, ale staram się wspierać polski mangowy rynek, plus też świetne tłumaczenie z prześmiesznymi gagami. Dodatkowo jest to pierwsza rzecz przy zakupie, której poproszono mnie o okazanie dowodu osobistego (nawet w monopolowym tego nie robią :P)
  • Hyeon-sook Lee "Kwiaty grzechu" tom  - jedyny mangowy zakup na PAconie
  • Yukito Ajatsuji, Hiro Kiyohara "Another" tom 1 - Centrum Komiksu
  • Tite Kubo "Bleach" tom 1 i 2 - jw.
  • Bisco Hatori "Ouran High School Host Club" tom 5 - jw.
  • Yuna Kagesaki 'Wampirzyca Karin" tom 1 - w sklepie stacjonarnym Waneko
  • Kazue Katō "Ao no Exorcist" tom 1 i 2 - jw.
  • Ai Yazawa "Kagen no Tsuki" tom 2 i 3 - jw.
  • Tatsuhiko Takimoto, Kendi Oiwa "Welcome to the N.H.K." tom 1-4 - jw.
  • Kyōsuke Motomi "Dengeki Daisy" - tom 9-12 - jw.
  • Shirow Miwa "Dogs" tom 0 - jw.
  • Hiromu Arakawa "Silver Spoon" tom 1 - jw.
  • Tōya Mikanagi "Karneval" tom 1-3 - jw.
  • Ai Yazawa "Nana" tom 17 - mój największy skarb, pierwsza własna manga po japońsku, zakupiona w wspominanym już antykwariacie pod BUWem (bless!), co z tego że 17 tom i nic nie rozumiem i tak się jaram
I jeszcze nabytki z ostatnich kilku dni:

  • Lena Świadek "Zaproszenie na kimchi" - 3 zł na Dworcu Warszawa Ochota
  • Rajmund Mydel "Japonia" - niezawodny antykwariat pod BUWem
  • Anna Golisz "Moja Japonia" - Dedalus w BUWie
  • Min-woo Hyung "Priest" tom 1 - antykwariat BUW
  • Takehiko Inoue "Vagabond" tom 1 i 2 - jw.
  • Martyna Wojciechowska "Japonia (Kioto)" - Dedalus w BUWie
  • Jolanta Tubielewicz "Mitologia Japonii" - antykwariat BUW
Ok to by było na tyle. Mam nadzieję, że uda mi się przeczytać choć część z tych książek (nie mam tu na myśli mang) w 2014 ;).

wtorek, 16 kwietnia 2013

Łodzią po Wiśle

"Łodzią po Wiśle" to festiwal filmów studenckich z Łódzkiej Szkoły Filmowej. Mogłam na nim być dzięki uprzejmości Tirindeth (za co bardzo Ci dziękuję jeszcze raz!).

Do całego festiwalu podchodziłam nieco nieufnie. Bo przecież ja się nie znam, będzie nudno, niezbyt przepadam za polskim kinem i po co ja tam w ogóle. Fakt, nadal się nie znam, ale  zdecydowanie nie żałuję, że się tam wybrałam. Niektóre filmy były zdecydowanie specyficzne, ale były też ciekawe wyjątki. Po pierwszym bloku miałam wrażenie, że wszystkie te historie są strasznie smutne, depresyjne. W kolejnych jednak pojawiały się też wątki komediowe. Najbardziej moje serce podbił film (który zresztą zdobył Grand Prix festiwalu) "Self(less)-portaint". Strasznie żałuję, że nie mogę obejrzeć go jeszcze raz, ale jakoś nie mogę do niego dotrzeć. Za rok niemal na pewno wybiorę się na festiwal jeszcze raz. Nie jestem pewna czy on co roku odbywa się w Warszawie, ale jakoś na niego dotrę.

Jak to ja zbieraczka wszelkich ulotek. W kinie Iluzjon gdzie odbywał się festiwal znalazłyśmy świetne pocztówki.
Dzień festiwalu upłyną mi też na irytującym, choć nieuciążliwym bólu głowy. Początkowo zwaliłam winę na perfumy, jak się jednak okazało była to zapowiedź czegoś poważniejszego. Niestety następnego dnia w lustrze przywitały mnie dwa ogromne pryszcze. Po latach uników w końcu przypomniała sobie o mnie ospa. Siedzę sobie teraz w domku cała w białych kropach z Pudrodermu, czytam książki, które przywiozła mi Edyta (dziękuję jeszcze raz!) a tak poza tym to się lenię. Odsypiam wszystkie poranne zrywy na zajęcia. I co oczywiste próbuję się nie drapać. Mój ekstra super plan odchudzania na lato wziął w łeb. Nie poszłam na zajęcia z zagranicznymi wykładowcami i muszę pisać esej na 4 strony. Przepadł mój wolontariat w maratonie. I ogólnie wszystko jest do kitu. Ale chwilo nie przejmuję się tym nic a nic. Jestem chora i uważam, że mi wolno.

Moje ostatnie czasoumilacze.
Przeczytałam "Kosogłosa". Jestem teraz w lekkiej depresji. Może jutro uda mi się wyskrobać (pierwszą od wieków!) recenzję. Aktualnie czytam jednak "Angelfall".

wtorek, 2 kwietnia 2013

"Intruz" wielkie rozczarowanie?

Dzień dobry po raz kolejny!

Prawdopodobnie nie zebrałabym się w sobie i nie pogoniła tego wewnętrznego lenia do nawet minimalnej kreatywności gdyby nie dzisiejszy wypad do kina który pchnął mnie do działania.

Uwaga! Mogą wystąpić małe spoilery!


Na ten film czekałam chyba dłużej i niecierpliwiej niż na cokolwiek innego. Wprawdzie już zwiastun mnie lekko odepchnął ale postanowiłam przekonać się jak wyglądać będzie całość.
Byłam bardzo zaskoczona kiedy w dzisiejszym repertuarze Cinema City zobaczyłam "Intruza". Odliczałam godziny do piątku a tu proszę jaka niespodzianka...

 Niestety w tym momencie moja opinia o tej ekranizacji jest bardzo negatywna. Może to wina wyjątkowo głośnej widowni która nie pozwoliła mi się skupić (zaskakująco dużo rozchichranych idiotek, a poza tym jestem absolutnie za zakazem spożywania jakiegokolwiek jedzenia w kinie). Jest też możliwość, że jutro zupełnie inaczej patrzeć będę na ten film. A może nawet potrzebuję drugiego seansu by go docenić. Nie wiem. W tym momencie czuję jednak jedynie rozczarowanie.

Ja może za dużo wymagam od filmów na postawie książek. Jestem świadoma, że nigdy nie będzie to wierne odwzorowanie. Część się wytnie, część się zmieni. I jestem z tym absolutnie pogodzona co nie znaczy że mi się to podoba. Osobiście odnoszę wrażenie, że w tym wypadku pominięto co najmniej trzy czwarte książki a połowę tego co zostało pozmieniali pod własne kopyto.

Akcja pędzi bardzo szybko. Jednak jeśli prezentuję się tylko co najważniejsze sceny to niema się czemu dziwić. Ogólnie sam świat przedstawiony całkiem mi się podoba. Nie ma jakichś wielu udziwnień, a wkład obcej cywilizacji jaką są Dusze jest minimalny. Jedynie jaskinie w których żyli ludzie zupełnie odbiegały od moich wyobrażeń. Całkiem przestronne i komfortowe. Wyposażone niemal lepiej niż niejeden dzisiejszy dom. Wprawdzie meble stare ale nad wyraz liczne, komputer, stół operacyjny, co tylko dusza (:]) zapragnie. Liczyłam raczej na coś bardziej, że tak powiem prowizorycznego. Także cela Wagabundy nie była rozmiarów dziupli metr na metr jak sobie wyobrażałam, a dużo dużo większa.

Co do bohaterów to aktorzy spisali się naprawdę świetnie. Saoirse Ronan i Max Irons byli rewelacyjni. Will Hurt to wymarzony Jeb, niemal kropka w kropkę wyjęty w mojej głowy. Niestety postać na którą czekałam i bardzo ją lubiłam, czyli  Jamie (swoją drogą aktor bardzo mi przypominał małego Josha Hutchersona), została ograniczona do absolutnego minimum, co smuci mnie strasznie. Ogromny minus - brak Waltera. Dla mnie to nierozerwalny element tej historii.

Mogłabym jeszcze wyliczać bardzo długo, mniejsze i większe wady tej ekranizacji. Spodziewałam się bardziej spektakularnych efektów (życie na innych planet np.), innej atmosfery. Choć trzeba przyznać że Dusze były piękne mimo iż oczami wyobraźni widziałam je jako bardziej "galaretowate" :D. Jakieś górnolotne wypowiedzi wcale nie sprawiły abym zaczęła postrzegać "Intruza" jako coś więcej niż płytką, komercyjną historyjkę. Wiem, że nie mogli ująć wszystkich wydarzeń, ale wyglądałam wielu ważnych dla mnie chwil i z rozczarowaniem musiałam pogodzić się z tym że ich nie zastanę. Zdaje sobie sprawę, że w dwie godziny nie da się streścić takiej książki, ale jednak liczyłam na taki mały cud, który mnie zachwyci.

Jak na razie jestem bardzo na nie. Może do jutra zmienię zdanie lub przemogę się i obejrzę film jeszcze raz. Obawiam się jednak, ze szkoda mi będzie na to czasu i pieniędzy.


Polska premiera 5 kwietnia.

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Ostatni post w 2012

Witam wszystkich po Świętach! Mam nadzieję, że spędziliście je w miłej atmosferze, a wasz Mikołaj  był w tym roku bardzo hojny.

Nie mogłam sobie odmówić tej przyjemności napisania ostatniego posta w tym roku ( a wiadomo jak to z tym u mnie jest).

Wedle japońskiej rachuby czasu rok 2013 to rok węża. Szczerze mam wielką nadzieje, że ten malutki gad będzie nie tylko dla mnie, ale i dla was wszystkich o wiele łaskawszy niż jego większy poprzedniki, smok.

Nie będę robiła podsumowania podobnego do tego rok wcześniej. Sami dobrze wiecie, że moje dokonania recenzyjne są w sumie żadne. Po prostu czarna rozpacz. Książek pewnie raczej przeczytałam więcej niż w tamtym roku, ale nie mam jak ich policzyć. Tak więc postanowiłam podsumować siebie z postanowień noworocznych (których w 90% nie wypełniłam, ale co tam! :D) na 2012.

Przeczytanie 56 książek i w tym czasie nie dokupienie żadnej nowej.
Miało być tak pięknie a skończyło jak zawsze. Książek przybyło pewnie jeszcze z 56, a przeczytanych z moich zbiorów jest pewnie ok 20. Większość to egzemplarze pożyczone z biblioteki, czy od znajomych.

Większe zainteresowanie moimi blogami.
Wyszło jak wyszło. Bardzo mi przykro z tego powodu. Bo naprawdę zależny mi na wszystkich, mimo iż tak nielicznych czytelnikach. Ciągle mam zamiar się poprawić, ale z różnym skutkiem jak widać.

Uzupełnienie wszystkich serii, których poszczególne tomy stoją na półkach.
Dokupiłam może z dwa lub trzy brakujące tomy. Ale bardzo dużo mi jeszcze brakuje. Kolejne postanowienie do przeniesienia na nowy rok.

Największe kłamstwo ucznia, więcej czasu poświęcić na naukę.
Zdecydowanie było to kłamstwo, bo do matury nie przygotowałam się prawie wcale, no może kilka dni przed egzaminami :D. Ale zdałam? Zdałam!

Zrecenzować książki przeczytane przed powstaniem bloga Magia Stron.
I kolejna porażka. Nie wzięłam się za recenzję żadnej z tych książek. W rezultacie przed przeprowadzką na studia poszły do kartonów i czekają na lepsze czasy (czytaj kiedy wywalą mnie z uczelni i wrócę do domu z podkulonym ogonem :]).

Od lipca reaktywować naukę japońskiego.
Ha! I tu szok! Udało się! Wprawdzie termin z lipca przesunął się na październik, ale jednak. Zaczęłam naukę japońskiego w ramach lektoratu. Kto by się dzisiaj przecież przejmował angielskim...

Wywalić stary regał i zakupić ogromną półkę na książki.
Niestety albo półka, ale masa nowych książek. Niestety ta pierwsza nie wygrała tego starcia. Do tego doszły wydatki związane ze studiami i przeprowadzką. Na pocieszenie jest fakt, że w mieszkaniu mam półkę. To nie to o czym marzyłam i tez nie moje, ale lepsze to niż nic.

To tyle jeśli chodzi o stare postanowienia. Nowych jeszcze do końca nie przemyślałam, ale po Nowym Roku coś wymyślę. Większość najpewniej pokryje się z tymi poprzednimi.

Do podsumowania 2012 zaliczyć trzeba jeszcze fakt że kilka dni temu ścięłam włosy i to była najgorsza decyzja w tym roku. Idąc do salony Marco Aldany, byłam przekonana, że pracują tam profesjonaliści i nareszcie dostanę to czego będę chciała. Tłumacze kobiecie, że chce trochę zmienić kształt fryzury , ale tak by długość jakoś radykalnie się nie zmieniła. Ewentualnie może mi ściąć grzywkę. Fryzjerka stwierdziła, że w grzywce nie będzie mi dobrze, ale zrobi coś w stylu grzywki, a włosów nie skróci więcej niż cztery centymetry, poza tym lekko wycieniuje. Po jakichś dziesięciu minutach od kiedy zaczęła ciąć musiałam zamknąć oczy by nie wybiec stamtąd z krzykiem. Jeśli 15 cm pasma to dla niej nie więcej niż 4 cm to ja chyba traciłam czas w tej klasie matematycznej. Ale mam czego chciałam. A ja niestety nie jestem zbyt konfliktowa i nie umiem walczyć o swoje ( o! kolejne postanowienie!), więc tylko zacisnęłam szczęki, dotrzymałam do końca, ładnie podziękowałam, zapłaciłam kupę forsy i pobiegłam wypłakać się w poduszkę (no dobra nie płakałam, ale było blisko). Rok 2013 upłynie mi na najróżniejszych zabiegach mających na celu przywrócenie nie tylko długości, ale i kształtu mojej biednej fryzurze.

Na koniec chciałabym jeszcze życzyć wszystkim wspaniałego Sylwestra. Wspaniałej zabawy z bliskimi. A w Nowym Roku szczęścia, zdrowia i mnóstwo sukcesów w każdej dziedzinie życia... 
(krótko, ale treściwie, nie lubię składać życzeń :D!)